„Jaki jest Twój impuls do rozpoczęcia psychoterapii?” – to jest superważne pytanie.
Zadaję je zawsze na samym początku procesu, żeby zebrać odpowiedni kontekst i zrozumieć okoliczności, dowiedzieć się, dlaczego my się właściwie w tym gabinecie spotykamy.
Towarzysząc w terapii mężczyznom (ale kobietom także), bardzo często zauważam pewną prawidłowość. Okazuje się, że te okoliczności rozpoczęcia terapii wcale nie do końca płyną z wewnątrz. Czasami jest tak, że naturalną ścieżką sięgania po wsparcie u mężczyzn nie jest ich własna inicjatywa. Na szczęście to się powoli zmienia, co mnie ogromnie cieszy.
Nie oznacza to jednak, że jesteśmy już na końcu tej drogi. Mówienie o zdrowiu psychicznym mężczyzn i oswajanie tematu psychoterapii nadal jest niezwykle ważne i po prostu niewysycone. Te „niewysyconki” wciąż leżą głównie w męskich rękach, a ja bardzo chciałbym kultywować ten rodzaj edukacji.
Dlaczego? Dlatego, że mężczyźni często przychodzą do gabinetu z takiego poziomu: „Otoczenie zwraca mi uwagę, że jestem nieznośny, więc przyszedłem, żeby ktoś mnie tutaj naprawił”.
Taka perspektywa może stawiać klienta w pozycji kogoś, kto po prostu boi się terapii. A przecież to jest relacja, w której możemy spotkać się dokładnie tam, gdzie aktualnie jesteś. Moją rolą jest dosiąść się do tego miejsca, zobaczyć, co jest dla Ciebie możliwe i jak – przy wsparciu terapeuty – możesz rozwijać nowe umiejętności, budować komunikację społeczną czy po prostu spotkać się ze swoimi emocjami.
Zawsze powtarzam takie zdanie: „Emocje się nie rozpuszczają. Emocje muszą być przeżyte”.
Często to nasze powtarzanie, że „sobie radzę”, że „nie potrzebuję pomocy”, albo że „jak to w sobie przetrzymam, to jakoś to będzie”, wcale nie jest o przeżywaniu emocji. Ten skumulowany dyskomfort i niewygoda mogą w nas trwać, potęgować się i w trudniejszych momentach wypływać w formie jakiegoś odreagowania.
Lista sposobów na takie zastępcze odreagowanie bywa bardzo długa. Od tych najmocniejszych, oczywistych używek jak alkohol czy hazard, aż po zachowania, które nie są już tak łatwe do zauważenia: prokrastynacja, stale obniżony nastrój, a nawet negatywne, depresyjne myśli. Czujemy wtedy w sobie taką ciężką atmosferę, że coś jest nie tak, że coś ciągnie nas w dół, ale zupełnie nie wiemy co. Często jest to właśnie to, co zostało w nas nieprzeżyte.
Do tej listy dochodzi też na przykład przepracowywanie się albo przejadanie. To są mechanizmy, po które sięgamy, żeby poczuć natychmiastową ulgę. Ale ta ulga nie jest ulgą zasadniczą, która dotyka prawdziwej przyczyny – to tylko coś zastępczego.
Impulsów do rozpoczęcia terapii jest więc naprawdę sporo. Czasami, tak jak w głośnych artykułach, jest to twardy warunek: żona mówi, że jeśli mąż nie zrobi ze sobą porządku, to małżeństwo się rozpadnie. Czasami to otoczenie daje nam znać. Czasami w pracy dowiadujemy się, że sposób, w jaki budujemy relacje albo słownictwo, którego używamy (na przykład język wykluczający czy dyskryminujący), blokuje naszą ścieżkę.
Bywa też odwrotnie – w pracy słyszymy, że nie ma mowy o dalszym awansie czy rozwoju, bo pracownik cały czas sam siebie neguje, nie wierzy w siebie i sabotuje własne działania. On wcale nie jest nieefektywny, on się po prostu ukrywa w cieniu.
I wiecie co? Za każdym razem to są dobre momenty. Każdy z tych powodów mnie cieszy. Ostatecznie mam przed sobą człowieka, z którym mogę się spotkać i o tym porozmawiać. Człowieka, który zyskał szansę, żeby usiąść z terapeutą i o tym opowiedzieć.
Czasami ta rozmowa przypomina spowiedź, czasami to potrzeba przyznania się do czegoś przed samym sobą, czasami chęć zwykłego wyrzucenia tego z siebie, a czasami klient przychodzi totalnie nie wiedząc, co dalej. I to już jest moja rola jako psychoterapeuty. Mam się z nim spotkać, porozmawiać o tym, jak jest i czego potrzebuje. Ale moim zadaniem jest też poszukać odpowiedzi na pytanie: jak to jest być w terapii z przymusu albo z powodu groźby otoczenia, a jak by to było znaleźć w tym procesie realną wartość dla samego siebie?
To zresztą zazwyczaj jest główna część pracy w tej początkowej fazie terapii. Terapeuta nie jest potrzebny do tego, żeby zmieniać kogoś zgodnie z umową z żoną czy życzeniem szefa. Jest po to, żeby pomóc Ci przywrócić Twoją własną życiową energetyczność i pomóc wrócić do siebie. To ma Cię wesprzeć w tym, byś dalej szedł przez świat, budował kontakt i relacje w sposób absolutnie autorski – Twój własny, a nie wymyślony przez otoczenie. Wierzę, że dobre wsparcie w odpowiednim miejscu daje ogromną siłę.
Czasami samo to wsparcie i samo bycie w końcu zobaczonym mają znacznie większą wartość terapeutyczną niż uczenie się suchych narzędzi komunikacji czy technik, którymi można jedynie efektywnie maskować swoje realne problemy w przestrzeni publicznej.
Chcę to bardzo mocno podkreślić: cieszy mnie to, że niezależnie od tego, dlaczego znalazłeś się w tym miejscu, w którym jesteś – masz szansę o tym pogadać. Nasza rozmowa na pewno dotknie tego, jaką korzyść z bycia w terapii możesz wyciągnąć dla siebie. Niezależnie od Twojego statusu związku, stanowiska czy miejsca pracy.
Bo dopiero wtedy wchodzimy w relację, w której terapia staje się własnością klienta. Staje się dla niego stałą, która jest całkowicie niezależna od relacji osobistej, w której aktualnie się znajduje. Co ciekawe, w procesie psychoterapii okazuje się czasem, że bycie w danym miejscu z danymi osobami wcale nie jest dla klienta najlepszą opcją. I często bywa tak, że kiedy zaczynamy się zmieniać, nasze dotychczasowe środowisko jest tym głęboko zdziwione i próbuje zrobić wszystko, aby przywrócić nas do stanu sprzed terapii.